Wiedziałem, że tak to się skończy. Poczułem to dwa wieczory wcześniej, na naszym balkonie. Był środek lata. Piliśmy chyba trzeci kieliszek wina, miło rozmawiając o ostatnim pikniku w parku. Wtedy Łasica spojrzała na mnie w ten szczególny sposób. Znamy się wystarczająco długo, by nasze ciała wypracowały własny kod. A ten pomysł wisiał w powietrzu od dawna.
Pierwszy raz na łonie natury.
Cienka granica między publicznym a prywatnym
Zaczęło się niewinnie, od leniwych pikników w parku miejskim — na granicy przyzwoitości. Wspolne leżenie na kocu, jej głowa na moich udach, słońce prześwitujące przez liście. Moje palce błądzące pod krawędzią jej letniej sukienki, jej cichy śmiech, gdy udawała, że łaskoczę ją trawą. Czasami rozglądała się nerwowo, sprawdzając, czy nikt nie przechodzi obok. A w końcu milkła, z przymkniętymi oczami, cała napięta jak struna. By po chwili rozluźnić się, odpłynąć.
Lubiliśmy ten dreszczyk. Tę subtelną grę, gdzie granica między publicznym a prywatnym była cienka jak papier.
Ale park to było za mało. Zbyt cywilizowanie.
— Wiesz, o czym myślę? — mruknąłem kiedyś, gdy musnęła wargami moje ucho.
— O komarach? — zaśmiała się. — O kleszczach. O mrówkach, które właśnie dobierają się do Twoje sernika.
Rzeczywiście, dwie pękate mrówki chodziły po moim talerzyku. Jedna właśnie wspinała się na sernik baskijski. Zignorowałem je.
— O tym, że jesteśmy otoczeni ludźmi — odparłem, a mój głos lekko zadrżał. — I o tym, jak bardzo podnieca mnie myśl, że ktoś mógłby nas zobaczyć.
Przez chwilę milczała, przetwarzając to. Czułem, jak jej ciało przy mnie nieruchomieje. Myślałem, że przesadziłem. Ale wtedy odwróciła się, a w jej oczach zobaczyłem ten sam błysk, który rozpalał mnie od środka.
— Nie tutaj — szepnęła. — Za blisko ścieżki. Ale mam plan.
I to była cała Łasica. Ja rzucałem abstrakcyjną fantazję, ona tworzyła z niej logistyczny majstersztyk. Ja byłem marzycielem, ona reżyserką.
Logistyka pożądania: kierunek Rogalin
— W sobotę jedziemy na piknik — oznajmiła pod koniec dnia. — Ale nie do parku. Zabieram cię do Rogalina.
Rogaliński Park Krajobrazowy. Na samą myśl poczułem znajomy skurcz w podbrzuszu. Stare dęby, tysiącletni świadkowie. Zakola Warty. Gęste zagajniki, dzikie łąki i zarośla tak gęste, że można by się w nich schować na całe popołudnie. Albo zostać przyłapanym.
Na samą myśl o tym zrobiłem się twardy.
Sobota była idealna. Słońce wisiało wysoko, ale nie paliło. W powietrzu czuć było zapach nagrzanej trawy i chłodnej rzeki. Jechaliśmy w milczeniu, które było głośniejsze niż jakakolwiek muzyka. Łasica miała na sobie moją ulubioną sukienkę. Cienką, lnianą, w kolorze szałwii, która przy każdym ruchu odsłaniała więcej, niż powinna, a pod którą — wiedziałem to na pewno — nie miała stanika.
Ta jedna myśl pulsowała mi w głowie. Jej ciemne perełki, albo już twarde… Albo stwardnieją, gdy tylko musnę palcem jej dekolt. Czułem, jak rozpychają się przez ten cienki materiał, chociaż nawet na nią nie patrzyłem. To doprowadzało mnie do szału. Ledwo trzymałem ręce na kierownicy.
Ukryci w zaroślach nad Wartą
Zaparkowaliśmy auto na małym leśnym parkingu, z daleka od Rogalina, i ruszyliśmy w głąb parku. Kosz piknikowy ciążył mi w dłoni, ale koc, który niosła Łasica, wydawał się mieć o wiele większą wagę. Był jak obietnica.
Szliśmy chyba z pół godziny. Mijaliśmy ścieżki, schodziliśmy z nich, kluczyliśmy. Czasem słyszeliśmy głosy innych spacerowiczów, śmiech dzieci gdzieś w oddali. Za każdym razem zamieraliśmy. Łasica wtedy tylko uśmiechała się do mnie lekko, a ja czułem, jak krew szybciej krąży mi w żyłach.
W końcu znalazła. Miejsce idealne. Niewielka polana, osłonięta z trzech stron gęstymi krzakami dzikiego bzu, a z czwartej otwarta na łagodny spad w kierunku zakola rzeki. Wystarczająco daleko od głównego szlaku, by nikt nas przypadkiem nie zobaczył. Ale wystarczająco blisko, by ryzyko wciąż było realne.
— Tutaj? — zapytałem, starając się, by mój głos brzmiał normalnie.
— Tutaj — potwierdziła.
Rozłożyła koc. Wyjęliśmy jedzenie, otworzyłem wino bezalkoholowe. Ale żadne z nas nie było głodne. Siedzieliśmy obok siebie, wpatrzeni w leniwie płynącą Wartę. Ciszę przerywał tylko bzyk muchy i daleki warkot jakiejś motorówki.
— Boisz się? — szepnęła.
— Trochę — przyznałem. — Komarów. Słońca.
— A ludzi?
Skinąłem głową.
— Tego najbardziej. I najmniej.
Nachyliła się i pocałowała mnie. Powoli, głęboko, smakując winem i oczekiwaniem. Jej dłoń zsunęła się z mojego karku na pierś, a potem niżej, na sprzączkę paska.
— Myślę, że słońce jest teraz za tamtym dębem — mruknęła, odsuwając się. — A na komary mam sposób.Musimy być w ciągłym ruchu — uśmiechnęła się szelmowsko.
Wstała i podeszła do jednego z wielkich, starych drzew na skraju naszej polany. Oparła się o pień plecami, patrząc na mnie wyzywająco. Czekałem. Inicjatywa była jej.
Powoli, nie spuszczając ze mnie wzroku, sięgnęła do rąbka sukienki. Podciągnęła ją. Najpierw odsłoniła kolana, potem gładką skórę ud, aż w końcu zatrzymała materiał na biodrach. Miała na sobie tylko małe, koronkowe majteczki.
Ruszyłem w jej stronę jak w transie. Adrenalina mieszała się z pożądaniem w sposób, który niemal zwalał z nóg.
Gdy stanąłem przed nią, sięgnęła moją dłonią i położyła ją na swoim udzie.
Adrenalina i pierwotny instynkt
— Ściągnij je — rozkazała cicho.
Palce mi drżały, gdy zsuwałem koronkę w dół jej nóg. Ale zamiast wstać, padłem przed nią na kolana. Zaskoczona, westchnęła głośno, gdy rozchyliłem jej uda. Wypięła biodra w moją stronę, stając na palcach, by dać mi lepszy dostęp. Uderzył mnie jej zapach – ciężki, piżmowy, intensywna woń spoconego ciała, która w leśnym powietrzu działała jak narkotyk.
Była cudownie wilgotna. Smakowała wybornie – gęstą, lepką słodyczą, która mieszała się z solą na jej skórze. Każde pociągnięcie języka sprawiało, że drżała, wypinając pupę jeszcze bardziej, podczas gdy las wokół nas zdawał się wstrzymywać oddech.
Ten gęsty smak i jej narastające jęki sprawiły, że moja samokontrola pękła. Nie byłem w stanie dłużej czekać. Musiałem ją wypełnić, poczuć całą sobą. Wstałem, a ona jęknęła z protestem, który uciszyłem.
— Nie odwracaj się — warknąłem. Jej dłonie zacisnęły się na szorstkiej, popękanej korze dębu. Wypięła pośladki, idealnie eksponując swoje zaproszenie.
Wszedłem w nią od tyłu – mocno, głęboko, bez ostrzeżenia. Zacisnęła zęby, sycząc z rozkoszy. Była w środku tak ciasna i wilgotna, że niemal straciłem głowę, ale chciałem, żeby to ona pierwsza straciła kontrolę. Uderzałem o jej pośladki, a ona, moja spocona Łasica, cofała biodra przy każdym pchnięciu, szukając głębszego kontaktu.
Czułem jej ciężki zapach, słyszałem urywany oddech. Wiedziałem, że jest blisko. Jej ruchy stały się chaotyczne, a ciało zaczęło drżeć.
Zacisnęła się na mnie. Czułem, jak jej wnętrze pulsuje, ściska mnie rytmicznie. Trzymałem ją w pionie, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Chłonąłem jej rozkosz, te spazmy, które przechodziły przez jej ciało na moje, sycąc się jej spełnieniem, samemu zaciskając zęby, by nie dojść razem z nią. Chciałem zapamiętać ten moment, gdy była całkowicie bezbronna i nasycona.
Staliśmy tak, połączeni, dysząc ciężko. Każdy dźwięk — szelest liści, ćwierkanie ptaka — brzmiał jak nadchodzące kroki.
— Ktoś idzie — szepnąłem spanikowany.
— Nie — odpowiedziała, poruszając biodrami tak, aby oswobodzić się z mojego uścisku. — To tylko wiatr.
Miała rację. Jeszcze chwilę temu pieprzyłem ją pod tym prastarym dębem, z sukienką podciągniętą do pasa, nasłuchując każdego trzasku gałązki. Ryzyko było niewiarygodne. Czułem się jak zwierzę, pierwotny i całkowicie odsłonięty. I nigdy w życiu nie byłem tak twardy.
Byłem twardy, sterczący, niespełniony. Łasica też to widziała. Pogładziła moją męskość czule i pocałowała mnie w usta.
— Połóż się na plecach — wskazała na koc.
Zrobiłem to posłusznie, a Łasica usiadła na mnie okrakiem. Dosiadła mnie na jeźdźca, tak jak to sobie wyobrażałem. Sukienka opadła wokół jej bioder, ale przód miała rozchylony, odsłaniając wszystko. Włosy zasłaniały jej twarz, gdy zaczęła się poruszać. A ja patrzyłem w górę, na korony drzew i kawałki błękitnego nieba.
I wtedy usłyszałem głosy.
Zamrugałem. Łasica też to usłyszała. Zamarła nade mną. Głosy były coraz bliżej. Jakaś para. Śmiali się.
— Nie ruszaj się — syknęła, ale jej oczy płonęły.
Zamiast zejść, zacisnęła uda. Wykorzystała ten paraliżujący strach jako paliwo. Poruszała się niemal niezauważalnie, drżąc, zaciskając na mnie swoje wnętrze z siłą imadła. Gdy turyści mijali ścieżkę kilkanaście metrów dalej, ona doszła. Zrobiła to bezgłośnie, wbijając paznokcie w moje barki, a jej ciałem wstrząsnęła seria spazmów, które odebrałem jak elektryczne wyładowania.
Doszedłem chwilę po niej. Z cichym jękiem ulgi.
Po moim ostatnim spazmie rozkoszy, Łasica objęła moją twarz rękoma i czule pocałowała mnie najpierw w usta, a potem w spocone czoło.
Ślady zbrodni i przypadkowe spotkanie
Po krótkim odpoczynku postanowiliśmy zabrać swoje rzeczy i oddalić się z miejsca zbrodni. Sprzątaliśmy w pośpiechu. Szybko wrzuciliśmy rzeczy do koszyka. Łasica poprawiła sukienkę, ja zapiąłem spodnie. Gdy podnosiłem koc, zobaczyłem leżącą w trawie koronkę. Podniosłem jej majtki. Były mokre. Bez słowa wsunąłem je do kieszeni spodni.
Ruszyliśmy z powrotem. Słońce stało już niżej. Szliśmy szybko, trzymając się za ręce. Czułem się brudny, spocony i absolutnie zwycięski.
Łasica szła krok przede mną. Patrzyłem na jej nogi, na to, jak lniana sukienka lepi się lekko do jej pośladków. I wtedy to zobaczyłem. Cienka strużka. Moje nasienie. Spływało powoli po wewnętrznej stronie jej uda, gęste i białe na opalonej skórze. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zobaczyłem, jak kropla dociera niemal do jej kostki.
Zatrzymałem się. Ona też. Odwróciła się, spojrzała na mnie, potem w dół, na swoją nogę. Uśmiechnęła się. Nie sięgnęła, by to wytrzeć.
I dokładnie w tym momencie zza zakrętu wyszła młoda para. Chłopak i dziewczyna, wyglądali na studentów.
Serce podskoczyło mi do gardła. Łasica nawet nie drgnęła. Stanęliśmy jak gdyby nigdy nic. Czułem w kieszeni wilgotny materiał jej majtek. Wiedziałem, że mam ślady trawy na plecach. Wiedziałem, że moja sperma zasycha na jej nodze, widoczna dla każdego, kto by tylko spojrzał.
— Przepraszamy! — zawołał chłopak. — Wiedzą państwo może, jak dojść do tych najstarszych dębów?
Starałem się mówić spokojnie. Wskazałem im drogę, uśmiechając się uprzejmie. Łasica stała obok mnie, spokojna i niewinna, z tą jedną, cholerną smugą na udzie. Miałem wrażenie, że dziewczyna na nią patrzy. Na mokrą plamę na sukience na jej pupie. Może to była tylko moja wyobraźnia. Ale świadomość, że ona wie, że ja wiem, że oni mogliby wiedzieć…
Podziękowali i ruszyli dalej, śmiejąc się z czegoś.
Gdy zniknęli za drzewami, oparłem się o pień. Musiałem wziąć głęboki oddech. Łasica podeszła do mnie.
— Wszystko w porządku? — zapytała, a jej głos był pełen rozbawienia.
Położyłem dłoń na jej biodrze, tuż obok tej zasychającej smugi.
— Musimy to powtórzyć — powiedziałem. — Jak najszybciej.


Napisz, co myślisz!